Busowy folklor
Poza sezonem turystycznym busy jeżdżą rzadziej (lub wcale) i trudno zaplanować podróż. A jak wygląda podróżowanie między świętami Bożego Narodzenia a sylwestrem? Przeczytajcie relację pewnej mieszkanki Murzasichla.
Chcę jechać z Zakopanego do Murzasichla. Na Alejach łapię jakiegoś busa, chyba mocno opóźnionego, bo według rozkładu nie powinno go tu być. Ścisk niesamowity. Przy Watrze do Murzasichla chce dosiąść się kolejne 8 osób, w tym ludzie z wózkiem.
„Biorę tylko dwie osoby do Małego Cichego, Murzasichle może poczekać, bo zaraz coś powinno jechać” – oznajmia kierowca. Ścisk jeszcze większy. Nie ma jak się wygodnie złapać, półki nad siedzeniami wrzynają się w palce, uchwyty przy siedzeniach za nisko i nijak nie dają stabilności na zakrętach w Jaszczurówce i przy mocniejszym hamowaniu.
Dwa dni wcześniej na tym samym przystanku czekam 20 minut na opóźnionego busa. Zdecydowanie dłużej czekają cztery panie. Każdego busa witają radosnymi okrzykami: „O, Murzasichle jedzie!”, a gdy podjeżdża bliżej – chóralnie: „O nie, znowu Olcza”. Wreszcie jedzie kursowy do Kuźnic. Panie machają. „Do Murzasichla pan jedzie?” Kierowca: „Do Kuźnic”. Panie: „A nie może pan przez Murzasichle?” Kierowca: „Ile was tam do tego Murzasichla?” Z paniami uzbierało się z 12 osób. Kierowca wyjmuje zatem zza szyby tabliczkę z napisem „Linia nr 1 Kuźnice” i zabiera nas do Murzasichla. Fajnie, że dojechałam, w dodatku bez ścisku (busa bez tabliczki nikt na przystankach nie zatrzymywał). Ale ten bus do Kuźnic był przecież w rozkładzie i być może ktoś na niego po drodze czekał?
Nie dziwię się, że ludzie wolą jechać swoim samochodem, nawet jeśli pół dnia spędzają w korkach…